Zainteresowałam się polisolokatami, kiedy tylko pojawiły się w ofercie towarzystw ubezpieczeniowych i banków. Oferty były bardzo zachęcające, a pan z ubezpieczalni wyjątkowo przekonujący, więc zaczęłam inwestycje.

Polisolokaty zapowiadały się dobrze

oszustwo na polisolokatyZaczynałam od najmniejszych kwot. Ponieważ nie było mnie stać na większe wpłaty, więc zysk może nie był bardzo duży, ale był i to większy niż na analogicznej lokacie, ponieważ przez lata nie trzeba było od niego płacić podatku dochodowego. Z czasem zaczęło mi się powodzić trochę lepiej, więc moje wpłaty na polisolokatę wzrosły. Czasem miałam problem, żeby uzbierać pieniądze na kolejną wpłatę, no ale zyski zachęcały i rosły, więc nie robiłam przerw między umowami i wpłacałam swoje założone kwoty, żeby wywiązać się z tego, do czego zobowiązywała mnie umowa. Nie mogłam przecież zerwać umowy, bo opłata likwidacyjna pochłonęłaby większość moich oszczędności. Zdarzało się więc, że musiałam pilnować wydatków przez kilka miesięcy z rzędu, choć na polisolokacie miałam sporo oszczędności. Opłata likwidacyjna to jeden z głównych powodów mojego wahania co do oszczędzania w ten sposób, niektórzy mówią, że to jest zwykłe oszustwo na polisolokaty i że bank czy ubezpieczyciel nie mają prawa jej pobierać. Trzy lata temu mój ubezpieczyciel ogłosił upadłość i okazało się, że nie mogę odzyskać swoich pieniędzy! Mogłam dostać co najwyżej połowę ze zgromadzonych środków i to w sumie nie więcej niż trzydzieści tysięcy euro. Byłam załamana, ponieważ straciłam bardzo dużo pieniędzy, które miały być moim zabezpieczeniem na emeryturę i przyszłość dzieci.

Byłam na siebie zła, że oszczędzałam tylko w ten sposób i nie miałam żadnej innej lokaty, na której moje zyski rosłyby może wolniej, ale bezpieczniej. Teraz mam już nauczkę, ale swoich oszczędności już nie odzyskam.